Szukaj na tym blogu

O mnie

Moje zdjęcie

Uzależniona od herbaty miłośniczka psów i kolekcjonerka książek kucharskich, pasjami czytająca kryminały i literaturę skandynawską, a mimo to nie wiedząca gdzie stawiać przecinki.

9 października 2012

Kochani jestem z powrotem, czyli kilka słów o kuchni brytyjskiej

   Zadowolona, wypoczęta i pełna wrażeń kulinarnych wróciłam do domu. Stęskniłam się za blogowaniem i cieszy mnie to, że znów mogę się z Wami spotkać oraz zasiąść przy klawiaturze komputera i pisać. 
   Tegoroczne wakacje spędziłam w Wielkiej Brytanii i o moich odczuciach na temat kuchni Wyspiarzy chciałabym napisać parę słów. Oczywiście nie jestem w stanie opisać wszystkiego, ale opiszę choć niewielką część swoich wrażeń.
   Co by można rzec na temat kuchni brytyjskiej? Przede wszystkim jak dla mnie jest ona zdecydowanie za mało doprawiona, posiłek aż prosił się o dodatkową porcję soli czy pieprzu, ale jest to kwestią indywidualnych upodobań.
    Jak napisałam, pierwszym co mi się rzuciło "na kubki smakowe" to mała ilość soli, np. chleb jest niesłony i właściwie bez smaku. Najsmaczniejszy chleb przypominał nieco naszą bułkę, reszta pieczywa smakowała dla mnie jak trociny.
   To samo mogę napisać o mleku, które choć tłustsze niż w Polsce, w smaku właściwie było nieokreślone i nie smakowało jak mleko :). Nie wiem z czego to wynika, czy ze sposobu żywienia krów, czy z hodowli innych ras, a może innego sposobu przetwarzania, jednakże mleko angielskie smakuje zupełnie inaczej niż polskie i zdecydowanie gorzej.
   Skoro już jestem przy nabiale - Anglicy mają doskonałe masło i ono naprawdę mnie zachwyciło. Szczerze żałuję, że nie mogłam przywieźć sobie choć jednej kostki do Polski, bo masło mają wyśmienite.
   Niczego sobie mają również sery.  Spośród różnych angielskich serów, najbardziej zachwycił mnie Wensleydale z dodatkiem jagód. Jest pyszny, delikatny, kremowy i do tego lekko słodki dzięki dodatkowi owoców. Zakochałam się wręcz w tym serze.



   Jeszcze przed wyjazdem obiecałam sobie, że spróbuję któregoś ze sztandarowych dań tubylców. Ponieważ za rybami nie przepadam słynne fish and chips odpadły, nie odpuściłam natomiast tradycyjnemu angielskiemu śniadaniu.
   Pełnej wersji nie byłabym w stanie zjeść ze względu na ilość składników na talerzu, więc moja wersja była nieco okrojona i zawierała:
jajko sadzone,
smażony bekon,
smażone kiełbaski,
fasolkę w sosie pomidorowym,
pełnoziarniste pieczywo (zamiast tostów).

  Pełna wersja angielskiego śniadania może zawierać jeszcze więcej składników, np.:
black pudding (przypomina naszą kaszankę),
white pudding (przypomina naszą pasztetową),
smażone grzyby,
pomidora,
"hash brown", czyli smażonego w głębokim tłuszczu krokieta ziemniaczanego.
     

   Obfitość tego posiłku została ukształtowana przez warunki historyczne. Jak podaje Wikipedia "śniadanie angielskie to efekt klęsk głodowych w dawnej Anglii. Rolnicy wstający o poranku do pracy w polu, mieli możliwość jedzenia zazwyczaj tylko jednego ciepłego i obfitego posiłku dziennie. Śniadanie obfitujące w tłuszcz i kalorie miało być dla nich źródłem energii aż do wieczora, kiedy to wracali do domu, aby spożyć wieczorny posiłek".
   Cóż, ja do całodziennej pracy w polu się nie wybierałam i  gdybym zjadła pełną wersję z pewnością bym pękła! Już po tym, co prezentuje się na zdjęciu powyżej, myślałam, że zejdę z przejedzenia :).

 Od dawna straszono mnie angielskimi kiełbaskami, że są niezjadliwe. Nie wiem jak inne, ale te



 mi smakowały (może dlatego, że nie było w nich szałwii często występującej w angielskich kiełbaskach. Zamiast szałwii zawierały ser i czerwoną cebulę), choć nie da się nijak przyrównać ich do polskiej kiełbasy. Zupełnie inna konsystencja i smak.
   Posmakował mi również kornwalijski pieróg "cornish pasty" nadziewany wołowiną, serem i cebulą. Ciasto, w które zawinięty jest farsz jest świetne i z miłą chęcią bym je kiedyś odtworzyła. Jedyną wadą tego pasztecika, był za mało doprawiony farsz, ale jak już pisałam, kuchnia brytyjska solą i pieprzem nie grzeszy.   
   Nie samym jadłem człowiek żyje, jakiś napitek do życia też by się przydał. Nie będę tu pisała o znakomitych angielskich herbatach, bo to chyba rozumie się samo przez się, że Wielka Brytania herbatą stoi.
   Jeśli chodzi o herbatę, to najbardziej obawiałam się, że wszędzie będzie podawana z mlekiem jak ją mają w zwyczaju tam pijać. Okazało się, że nie do każdego gatunku podaje się mleko i swobodnie mogę zamówić "English breakfast" bez mleka, nie wzbudzając przy tym ogólnonarodowego skandalu.
   Spróbowałam też słynnego angielskiego cydru, czyli przefermentowanego soku z jabłek o lekkiej zawartości alkoholu. Jak dla mnie nic specjalnego. Jabłkowy cider był zbyt cierpki w smaku, skusiłam się więc na jego malinową wersję, myśląc, że będzie przypominał smakowe piwa znane mi z polskich sklepów, jednakże tu też się rozczarowałam. Z tego wszystkiego najbardziej do gustu przypadł mi kapsel od butelki :).


   W przeciwieństwie do cydru bardzo posmakowały mi angielskie ciasta. Naprawdę nie ma nic przyjemniejszego niż kawałek przepysznego ciasta, popijany, podaną w uroczych dzbanuszkach, doskonałą herbatą.


   Ze wszystkich rzeczy, które dane było mi jeść najbardziej ucieszyły mnie truskawki kupione na straganie, mimo że po sezonie i urosły sobie zapewne w szklarni, ale kogo to obchodzi? Ważne, że truskawki! :)
Aż zatęskniło mi się za latem...


   Na lato i nasze truskawki musimy jeszcze poczekać, a tymczasem mam nadzieję, że choć trochę odczarowałam kuchnię angielską, która dobrą opinią się nie cieszy.
   Mimo wszystko z całego pobytu mam taką oto refleksję, że chyba "nie taki diabeł straszny jakim go malują". Jak wszędzie są rzeczy smaczne i mniej smaczne. Jadłam i przeżyłam i chyba o to chodzi :).

4 komentarze:

  1. Moniko...fajnie że wróciłaś i bardzo ciekawie napisałaś. Jak tak czytałam opis to chyba też by mi smakowało to co Tobie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wróciłam, bo brakowało mi blogowania. Opisując starałam się oddać wszystkie wrażenia najlepiej jak potrafię.

      Usuń
  2. Fajnie, że już jesteś :) I fajnie, że urlop Ci się udał. A typowego angielskiego śniadania - też bym nie dała rady zjeść ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę z mojego powrotu. To prawda urlop mi się udał. Po więcej o tym, co zobaczyłam odsyłam na mój drugi blog.
      Cały czas zastanawiałam się jak Anglicy są w stanie zjeść takie ilości jedzenia i to na śniadanie. Do tej pory jest to dla mnie zagadką :)

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Osoby Anonimowe proszę o podpisanie się imieniem lub nickiem.
Pozdrawiam Qualietta